Pamiętam dokładnie swoją pierwszą dramę, jako mentorka.
Weszłam w rolę pewnym krokiem, gotowa, by dzielić się wiedzą, wspierać, motywować. Wspaniale! Miałam przygotowane pytania, notatki, ćwiczenia, ba – nawet zapas anegdot na rozluźnienie atmosfery.
Kilka pytań z mojej strony. I wtedy… cisza.
Nie taka zwyczajna, „pomyślę chwilę”. To była cisza jak najbardziej na świecie głuchy telefon. Mentee patrzyła w ekran (albo gdzieś poza niego), a ja miałam wrażenie, że właśnie straciłam jej uwagę na zawsze.
Przestraszyłam się.
Co zrobiłam źle? Czy pytanie było za trudne? Czy może się rozłączyła? Czy powinnam teraz rzucić jakieś koło ratunkowe, podać gotowe rozwiązanie, zaproponować szybką radę?
Oczywiście rzucałam – całe naręcza. Koła w postaci pączków, łabędzi, pelikanów i innych, które znasz znad polskiego morza. Całe naręcze kół ratunkowych. Mówiłam, podpowiadałam, ratowałam sytuację jak animatorka na nieudanych wakacjach.
I wiesz co? Nic to nie dawało.
Bo cisza w mentoringu wcale nie jest znakiem, że coś poszło nie tak. Nie oznacza, że mentee się zgubiła albo że nie rozumie. Ta cisza… to przestrzeń, w której dzieje się najważniejsze.
To moment, w którym mentee myśli. Łapie wątki, układa puzzle, może nawet przeżywa swój własny przełom. I żadna szybka rada nie zastąpi tej chwili.
Dziś, kiedy zapada cisza, już się nie boję. Siedzę spokojnie, popijam kawę (albo herbatę) i daję tej ciszy czas. Bo wiem, że to właśnie wtedy dzieją się te najważniejsze momenty mentoringu. I tego też uczę kursantki w Szkole Mentorek. Pracy z ciszą.
Bo milczenie mentee to nie znak, że się zgubiła. To znak, że szuka swoich własnych odpowiedzi.
Weszłam w rolę pewnym krokiem, gotowa, by dzielić się wiedzą, wspierać, motywować. Wspaniale! Miałam przygotowane pytania, notatki, ćwiczenia, ba – nawet zapas anegdot na rozluźnienie atmosfery.
Kilka pytań z mojej strony. I wtedy… cisza.
Nie taka zwyczajna, „pomyślę chwilę”. To była cisza jak najbardziej na świecie głuchy telefon. Mentee patrzyła w ekran (albo gdzieś poza niego), a ja miałam wrażenie, że właśnie straciłam jej uwagę na zawsze.
Przestraszyłam się.
Co zrobiłam źle? Czy pytanie było za trudne? Czy może się rozłączyła? Czy powinnam teraz rzucić jakieś koło ratunkowe, podać gotowe rozwiązanie, zaproponować szybką radę?
Oczywiście rzucałam – całe naręcza. Koła w postaci pączków, łabędzi, pelikanów i innych, które znasz znad polskiego morza. Całe naręcze kół ratunkowych. Mówiłam, podpowiadałam, ratowałam sytuację jak animatorka na nieudanych wakacjach.
I wiesz co? Nic to nie dawało.
Bo cisza w mentoringu wcale nie jest znakiem, że coś poszło nie tak. Nie oznacza, że mentee się zgubiła albo że nie rozumie. Ta cisza… to przestrzeń, w której dzieje się najważniejsze.
To moment, w którym mentee myśli. Łapie wątki, układa puzzle, może nawet przeżywa swój własny przełom. I żadna szybka rada nie zastąpi tej chwili.
Dziś, kiedy zapada cisza, już się nie boję. Siedzę spokojnie, popijam kawę (albo herbatę) i daję tej ciszy czas. Bo wiem, że to właśnie wtedy dzieją się te najważniejsze momenty mentoringu. I tego też uczę kursantki w Szkole Mentorek. Pracy z ciszą.
Bo milczenie mentee to nie znak, że się zgubiła. To znak, że szuka swoich własnych odpowiedzi.
